Strona Główna ˇ Forum ˇ Zdjęcia ˇ Teksty ˇ Szukaj na stronieWtorek, Listopad 12, 2019
Nawigacja
Portal
  Strona Główna
  Forum
  Wszystkie teksty
  Mapa serwisu

Ilustracje
  Galeria zdjęć
  Album
  Stare mapy
  Stare pieczęcie

Teksty
  Historia
  Przodkowie
  Czasy Pawlikowskich
  Czasy przedwojenne
  II wojna światowa
  Po wojnie
  Zasłużeni Milnianie
  Adolf Głowacki:
Milno - Gontowa
  Ze starych gazet

Plany zagród
  Mapka okolic Milna
  Milno - Bukowina
  Milno - Kamionka
  Milnianie alfabetycznie
  Gontowa
  Gontowianie alfabetycznie

Literatura
  papierowa
  z internetu

Linki
  Strony o Kresach
  Przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe

Konktakt
  Kontakt z autorami

Na stronie
Milno na Podolu
Najnowszy użytkownik:
sszalescy
serdecznie witamy.

Zarejestrowanych Użytkowników: 145
Nieaktywowany Użytkownik: 0

Użytkownicy Online:

maria11:32:39
Kazimierz 6 dni
Jan Lis 1 tydzień
sierp 1 tydzień
AgnieszKal 8 tygodni
Adolf 9 tygodni
zenekt 9 tygodni
MarianSz10 tygodni
maciejm16 tygodni
Remek17 tygodni

Gości Online: 3

Twój numer IP to: 35.175.180.108

Artykuły 330
Foto Albumy 63
Zdjęcia w Albumach 1864
Wątki na Forum 40
Posty na Forum 111
Komentarzy 532
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło

Zapamiętaj mnie



Rejestracja
Zapomniane hasło?
Zagłosuj na nas

KRESY

cz.10 - Lata bezprawia, mordu i pożogi (3)
Adolf Głowacki:
"Milno - Gontowa. Informacje zebrane od ludzi starszych - urodzonych na Podolu, wybrane z opracowań historycznych i odtworzone z pamięci". Szczecin 2009
Część 10.


LATA BEZPRAWIA, MORDU I POŻOGI
(3)


Aby uniknąć zaskoczenia, starzy frontowcy z młodzieżą, zorganizowali na obrzeżach wioski stałe placówki samoobrony i punkty wartownicze. Warty czuwały od zmroku do świtu. Trzymali je mężczyźni, młodzież i kobiety nie obarczone małymi dziećmi.

W razie napadu, mężczyźni i chłopcy zajmowali punkty obronne, a kobiety i dziewczęta, ostrzegały ludzi zgromadzonych w domach. W sumie zadanie samoobrony sprowadzało się do powstrzymania pierwszego ataku i umożliwienie ludziom ucieczki.
Ukraińców szczególnie drażniła polska Bukowina i Gontowa. Te orle gniazda i bastiony polskości, od dawna spędzały im sen z powiek. W końcu stało się to, co musiało nastąpić w tych warunkach.

14 września około godziny 20, banda wdarła się do Gontowy. Zaatakowali zgodnie przewidywaniami od granicy, ze strony wsi Baszuki. Gdy placówki zaalarmowały wieś strzałami, ludzie wpadli w panikę. Każdy pędził przed siebie. Nasza ulica - wspomina Genowefa Szeliga 7 - uciekała na górę i do kościoła. Zrobiło się widno od kul zapalających. Ja przewróciłam się i zgubiłam mamę. Pobiegłam z innymi do kościoła. Dopiero później zrozumieliśmy, że kościół to żadne schronienie. Banderowcy mogli wyłamać drzwi, lub wrzucić przez okna granaty. Tej nocy spłonął jeden budynek.

Józefa Olszewska 64 z mamą już zasypiały, gdy zaczęli dobijać się do drzwi. Tato był na warcie - wspomina. Mama chwyciła mnie i wyrzuciła przez okno od tyłu. Natychmiast doskoczył banderowiec, ale zobaczył, że to dziecko (11 lat), więc wrócił pod drzwi. Nie wiedziałam co robić. Pobiegłam i kucnęłam pod chlewnią. Banderowcy po wyłamaniu drzwi, przystąpili do rabunku. Mama nim oni się włamali, też uciekła przez okno. Bandyci wyprowadzili świnię i zastrzelili. Krzyczeli, że mnie też zabiją, więc uciekłam w krzaki. W tym czasie wzmogła się strzelanina. Okazało się, że to mężczyźni z samoobrony zaatakowali bandytów i wyparli ich ze wsi.

Gontowa ponownie została zaatakowana większymi siłami, na Wszystkich Świętych. Tym razem nikt już nie krył się z kościele. Wszyscy od razu uciekali na Wielką Górę. Leciało dużo kul zapalających, ale nikt na to nie zwracał uwagi. Część ludzi przetrwała noc w skrytkach kamieniołomów, a część rozproszyła się w polu i lesie. Banderowcy i tym razem nie palili tylko rabowali. Tej nocy zginął Paweł Zaleski 73 i Jan Rożek 61.

Około 8 wieczorem już spałyśmy - wspomina Olszewska, gdy nagle rozległy się strzały. Do domu wpadł ojciec i krzyknął: "Uciekajcie, napad". Nim wybiegłyśmy z domu, tato już był za stodołą, gdzie zobaczył gromadzących się bandytów. Bez chwili namysłu rzucił w nich granat. Rano była tam duża kałuża krwi. My pobiegłyśmy z mama do środka wioski, gdzie zgromadziło się dużo ludzi. Mówili, że wieś jest otoczona, ale wolne jest przejście przez górę. Ruszyłyśmy więc w tą stronę i przez pola dostałyśmy się do Bukowiny.

Z niepokojem oczekiwaliśmy listopadowej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Napad banderowców na Milno w dniu naszego narodowego święta, był bardzo prawdopodobny. Zagrożona była oczywiście tylko Bukowina i Kamionka.

11 listopada 1944 roku (sobota), noc zapowiadała się bardzo ciemna. Mżył deszcz ze śniegiem i mrok zapadł wcześnie. Na punktach obserwacyjnych wystawiono wzmocnione warty. Wszystkim zalecono szczególną czujność. Około godziny 20, posterunki wyłapały podejrzane odgłosy z Miśkowego Błota i chlupot wody przy rzece. Natychmiast powiadomiono placówki i ludzi czuwających w mieszkaniach. Mężczyźni i męska młodzież zajęli stanowiska obronne.

Łąkami tyralierą skradali się banderowcy. Gdy przekroczyli rzeczkę, wystrzelili rakietę i z okrzykiem hurra, ruszyli na wioskę. W odpowiedzi nasze placówki otworzyły ogień. Zaterkotały karabiny maszynowe i pepesze. Polecały też granaty. Drogę od Wuzera zaryglował morderczym ogniem Krakowiak 144 z synem Władkiem. Z placówki krawcowej, przygwoździł bandziorów do ziemi Mietek Dec 4 z Józkiem Pawłowskim 80 i grupą wartowników. Mietek strzelał z ręcznego karabinu maszynowego, a reszta z automatów i zwykłych karabinów.

Od stodoły Draganowej, teren ogrodów pokryli seriami karabinów maszynowych, Władek Letki 171 i Mikołaj Szeliga 10. Od Grzybków 19, dostęp do wioski zablokowała placówka Jana Zaleskiego 63, a od Deców 25, Antek Góral.

Bandyci zaskoczeni takim obrotem sprawy, zaczęli się wycofywać i ostrzeliwać wioskę kulami zapalającymi. Od Zakrzewskiej odezwał się moździerz. Zrobiło się jasno, bo od kul zapaliła się stodoła Jindruszkowa 22. Banda przegrupowała się, przesunęła w kierunku Paświska i zaatakowała z ogrodów: Rarogi - Barany. Tam od swojej stodoły, przywitał ich seriami z pistoletu maszynowego, Antoni Głowacki 32.

Ze względu na słabą obronę na tym odcinku, banda wdarła się do wioski, a jego okrążyła. W tej sytuacji Antoni puścił ostatnie serie z automatu, teren obrzucił granatami i wskoczył do stodoły. Banderowcy nie poszli za nim. Bali się. Podpalili budynek i czekali. Płomienie szybko się rozprzestrzeniły i sytuacja stała się dramatyczna. Chociaż wsunął się pod słomę przy samej ziemi, czuł, że lada moment zapali się na nim ubranie. Dym rozrywał płuca i widmo męczeńskiej śmierci było coraz bliższe. Gdy runęła część dachu, bandyci orzekli: "Już po nim" i odeszli. Natychmiast wyskoczył w łęty ziemniaczane okrywające kopiec z ziemniakami i przetrwał tam do odejścia bandy.

Obronę Bukowiny trafnie skoncentrowano na odcinku spodziewanego ataku: od Miśkowego Błota. Miała ona powstrzymać napastników i umożliwić ludności ucieczkę. I to się udało. Nie było sił ani środków na obronę wioski.

Czas odparcia pierwszego ataku i przemieszczanie bandy, ludzie wykorzystali do ucieczki. Ułatwiały ją ciemności i to, że atak nastąpił tylko od północy. Ludność uciekła na południe do lasu. Tam skryła się w zaroślach i szuwarach.

My z Zawadzkimi, skierowaliśmy się na ogród. Ponieważ płonęły już niektóre budynki, babcia wróciła do obory i mimo protestów mamy, zabrała krowy. Gdy doszła do sadu, wybuchł w nim pocisk z moździerza, a ulicą biegli banderowcy. Chwilę wcześniej, mama poleciała do ciotki Zając 71, sprawdzić czy już uciekła. Gdzież tam, spały jakby się nić nie działo. Obudziła ich, pomogła ubrać dzieci i szybko dołączyła do nas. Takim kompletem, jako jedni z ostatnich, ruszyliśmy przez ogrody w kierunku lasu. Zatrzymaliśmy się przy jeziorze Szylingowym, gdzie w zaroślach i oczeretach, było już pełno ludzi. Najwięcej kłopotów sprawiały zmarznięte i przemoczone dzieci. Płacz mógł ściągnąć bandę. Na szczęście zagłębienie terenu, tłumiło te odgłosy.

Grupą wyszyliśmy na wyżej położone pola przy gościńcu, aby zobaczyć jak wygląda wioska. Widok był przerażający. Przed nami rozciągał się długi wąż ognia. Olbrzymie płomienie strzelały w ciemną przestrzeń, zewsząd dolatywał stłumiony ryk palącego się bydła, kwik świń i koni oraz wycie psów. Bandyci biegali z zapalonymi wiązankami słomy i podpalali kolejne budynki. Na chwilę kucnęliśmy, bo gościńcem galopował ktoś na koniu. Zaraz po tym znowu kucnęliśmy. Od wioski biegł z sapaniem człowiek. Był to Jan Zaleski 63. Gdy ochłonął, zaczął opowiadać. Trochę później wycofał się z placówki i gdy sprawdzał czy rodzina uciekła, na podwórzu osaczyli go bandyci. Rzucił w nich granaty i ruszył przez sad. Nim się pozbierali był już niewidoczny, a spóźnione strzały na szczęście chybiły.

Gdy tak staliśmy, nadleciał i okrążył wioskę samolot z zapalonymi światłami. Być może sprawdzał czy podopieczni realizują ustalone zadanie.

Rano z kryjówek zaczęli wyłazić zmarznięci ludzie z trzęsącymi się z zimna i strachu dziećmi i ostrożnie podchodzić do wioski. Z trzaskiem waliły się jeszcze niektóre dopalające konstrukcje. Z lękiem kierowali się do swoich zagród. To co zastali mogło porazić najsilniejszych. Oto nadludzkim wysiłkiem dźwignięta z ruin wieś, znowu zamieniła się w pogorzelisko. 20 lat ciężkiej pracy i wyrzeczeń, dorobek życia, zmienił się w kupkę popiołu. Mężczyźni nie wstydzili się łez. Tymi twardymi, odpornymi na przeciwności ludźmi, wstrząsał szloch. Widok dopalających się budynków, zwęglonych oraz popękanych zwierząt, trupy ludzkie, ścielące się dymy i swąd spalenizny, lament kobiet i płacz przerażonych dzieci, to obraz, który pozostanie w pamięci do końca życia.

Kamionka stawiała mały opór. Banda wkroczyła tam od zaguminek i Zakrzewskiej 1K, sukcesywnie posuwała się w głąb wioski i rabowała. Pierwsza grupa wynosiła dobytek na drogę, a druga ładowała na wozy. Ze względu na mieszany charakter przysiółka, tylko wybrane budynki i zagrody zostały spalone.

W każdym domu ukraińskim, tej nocy paliła się lampa. Był to znak rozpoznawczy. Ponadto miejscowi byli przewodnikami.

Tej nocy zginęło 14 osób: 11 w Bukowinie i 3 w Kamionce. Krakowiak 144B bronił się do końca i zginął z całą rodziną. On z synem zostali zastrzeleni na podwórzu, a żona z dwiema córkami, zakłute nożami przy kiernicy koło Wuzera 2B.
Maria Baran 22B, też zginęła z całą rodziną. Udusiła się z trójką dzieci w piwnicy spalonej stodoły. Pozostali to pojedyńczo zastrzeleni w czasie ucieczki, lub złapani i zamordowani.

Dzicz spaliła w czasie napadu około 100 budynków w Bukowinie i 30 w Kamionce. W większości budynków spaliły się również zwierzęta.

W niedzielę przed południem, zjawili się przedstawiciele władz. Szef NKWD Kiriczenko i Przewodniczący Regionu Rozdolańskij przeszli przez wieś, obejrzeli pogorzelisko, pokiwali głowami i odjechali. Kiryczenko napewno wiedział o planowanym napadzie na wioskę, bo wszędzie miał swoje wtyczki, natomiast Ukrainiec Rozdolańskij współpracował z UPA.

Jan Zaleski 63B gdy rano wrócił do domu, na podwórzu znalazł dużą kałużę krwi. Wiedział, że banderowcy nie darują mu jatki, jaką zrobił im granatami. Ponadto zbyt ważną rolę odgrywał we wsi, więc szybko na niego zapolują. Nie wystarczy im satysfakcja, że wszystko mu spalili. Następnego dnia wynajął furmankę i z rodziną wyjechał do Tarnopola. Była to ryzykowna wyprawa, bo droga prowadziła przez ukraińskie wioski. Dawała jednak większe szanse przeżycia, niż na miejscu. Na wszelki wypadek pod siedzenie wcisnął pepeszę i parę granatów. Nie chciał, jak później wszyscy, przenosić się do Załoziec. Bał się, że mogą go tam łatwo odnaleźć i gdzieś na uboczu zastrzelić.

Końcowym aktem tej apokalipsy, był zbiorowy pogrzeb. Zamordowanych złożono do naprędce skleconych trumien, Krakowiaka z rodziną do szafy i sznur wozów w otoczeniu rodzin i sąsiadów, wyruszył z Księdzem Markiewiczem pod kościół, a następnie na cmentarz. Gdy dobiegała końca żałobna ceremonia, z lasu posypały się strzały. Wieczne odpoczywanie racz im dać Panier30;, zamarło wszystkim na ustach. W pośpiechu zasypano groby, ludzie wskoczyli na wozy i galopem wrócili do wioski. Bandyci uważający się za chrześcijan, nawet martwym nie dali spokoju. Nie pozwolili dokończyć chrześcijańskiego obrządku. Nie ma wątpliwości, że poziom cywilizacyjny i kulturowy tych ludzi, nie różnił się od poziomu zastępów czerni Chmielnickiego.

Był to ostatni i chyba jedyny tego rodzaju pogrzeb, na naszym cmentarzu. Później zamordowanych grzebano we wsi.



poprzednia
część

 

 

Adolf Głowacki:
Milno - Gontowa

 

 

następna
część



Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Copyright ©Grupa Przyjaciół Milna. Wykonanie: Remek Paduch & Kazimierz Dajczak 2008-2018