Opis lasu z okolic Milna
Dodane przez zbiniud dnia Czerwiec 05 2010 14:56:36
Las wyglądał jak dobrze utrzymany park miejski. Mnóstwo różnorodnych ptaków gnieździło się po drzewach i krzewach. Bujna roślinność, trawy, kwiaty, zioła, poziomki, konwalie, zawilce itp. Rośliny na wiosnę stanowiły przepiękny kobierzec kolorowo - pachnący w ogrodzonym trzema rzędami kolczastego drutu, kawałku podolskiego lasu. Las ten tez służył jako pastwisko dla bydła i koni bo runo traw i ziół można było kosić na siano kiedy nie było spasane. W tym lesie ojciec zrobił mi huśtawkę między dwoma dębami i kiedy pędziłem paść krowy - z początku z siostra Emilią, a potem sam -miałem dobra zabawę na huśtawce. Był tam też zbudowany szałas z gałęzi grabowych, gdzie można było schronić się od deszczu.
Pamiętam, pewnego razu na wiosnę, ojciec z mamą i ja byliśmy w lesie zgrabić resztę liści, które w jesieni nie były do czysta zgrabione, po to, aby lepiej rosła trawa latem. Ja zauważyłem na młodej wysokiej brzozie gniazdo sroki. Dwie stare sroki latały wokół tego gniazda skrzecząc. Postanowiłem wyleźć na brzozę i zobaczyć do gniazda. Kiedy wspiąłem się na pień brzozy może dwa metry do góry - bo dalej już nie miałem sił i bałem się - wówczas obie stare sroki zaatakowały mnie swoimi skrzydłami i dziobami. Dostałem kilka razy dziobem w głowę i skrzydłami po rękach i plecach. Spadłem z tej brzozy i mocno krzyczałem pomocy, a sroki dalej mnie atakowały. Wówczas ojciec nadbiegł i obronił mnie od tych mięsożernych ptaków, bo byłyby mnie zjadły. Więcej w życiu nigdy nie ciągnęło mnie do zaglądania do ptasich gniazd.
Pamiętam tez, jak ojciec szczepił w lesie dzikie drzewa jabłoni i gruszy. Ja pomagałem ojcu zawijać bandażem szczepione drzewka i oblepiać mokrą gliną.
Z tych drzewek w późniejszym czasie zrywałem jabłka i gruszki i chowałem w liściach dębowych, gdzie leżały zdrowe aż do wiosny. W tym lesie było 60 drzew czereśni, różne gatunki - od ptasich do bardzo smacznych (wodzianic). Było tez dużo zajęcy. Miały swoje gniazda z młodymi pod krzakami grabowymi, które były zgryzane przez bydło i stanowiły piękne i dość szerokie kapelusze do gniazdowania nie tylko ptaków, ale też i dla zajęcy.
A propos zajęcy, to miałem raz taką przygodę. Było to w niedzielny poranek. Bardzo wcześnie wypędziłem paść bydło do lasu. Żeby szybko napaść miałem zarezerwowany kawałek lasu gdzie, na co dzień nie pasłem. Po wypędzeniu krów na ten mały kawałek, bydło z apetytem, z rosą spasało młodą, soczystą trawę. Ja chodząc wokół krów, bo nie było jak usiąść gdyż wszędzie była obfita rosa. Zauważyłem śpiącego pod krzakiem grabowym zająca. Zając był dość duży, na pewno rmarczakr1;, a krzak dość gęsty. Postanowiłem go złapać. Zdjąłem z siebie bluzę płócienna, okryłem nią część krzaka, pod którym spał z wytrzeszczonymi oczami zając Na sobie miałem tylko koszulę z lnianego płótna, w dodatku na piersiach rozpiętą. Zaszedłem z drugiej strony krzaka, gdzie nie był zakryty bluzką, włożyłem rękę pod gałęzie i chwyciłem zająca za grzbiet. Wyjąłem go z radością i postawiłem go sobie na piersiach rozpiętej koszuli. Trzymałem go za oba uszy jedną ręką i za pośladki drugą. Zając przez pewien czas przyglądał mi się, ruszał wąsami jakby mrugał do mnie, aż w pewnej chwili zaczął mnie drapać tylnymi nogami po gołym brzuchu, później przednimi po piersiach, poczułem piekący ból na skórze, przycisnąłem mocniej zająca do siebie, ale on czym ja go więcej przyciskałem, to więcej drapał wszystkimi nogami moją gołą skórę. Wreszcie poczułem, że mi jest mokro aż po nogach, przyjrzałem się jeszcze raz zającowi, jego nogi były czerwone od mojej krwi i z wielkim żalem, a zarazem z ulgą wypuściłem z rąk zająca, pozostając sam z dobrze zbronowanym brzuchem i piersiami, skąd smugami spływała krew aż po nogach. Wówczas trzeba było zastosować leczenie i zatamowanie krwi. Nazbierałem krwawniku, potarłem go w dłoniach na miazgę i tak przykładałem do rozdrapanych ran na piersiach i brzuchu. Krew zatamowałem, ale ból pozostał, a zająca nie było.