NASZ KRESOWY DOM w perspektywie lat
Dodane przez MariaM dnia Grudzień 15 2010 18:26:49
Zamożność mieszkańców
Milno i Gontowa leżały w obszarze typowo rolniczym. Ze względu na brak przemysłu który by odciągnął nadmiar ludzi ze wsi, postępowało rozdrobnienie gospodarstw i ubożenie ludności. Narastał głód ziemi.
Każdy młody człowiek odchodzący z domu, otrzymywał w posagu kawałek pola, a zamożniejsi również konia lub krowę. Przydział gruntu nie przekraczał dwóch morgów. Chodziło o utrzymanie w możliwie dobrej kondycji rodzinnej schedy.
Tę stratę rekompensowała wchodząca na gospodarstwo synowa lub zięć, ale przy większej liczbie dzieci, ubytku nie dało się uniknąć. Niemal w komfortowej sytuacji był najstarszy syn lub córka, którzy zostawali na ojcowiźnie i wchodzący tam ich współmałżonek. Najtrudniejszy start miały małżeństwa, które od podstaw musiały budować swoje gospodarstwa.
Nasi pradziadowie byli jeszcze dość zamożni, trochę mniej dziadowie, a ojcowie stanęli przed problemem ubóstwa. Podział tego co posiadali, nie rokował sytych dni. Nadzieją był przemysł, który w międzywojennym dwudziestoleciu dość dynamicznie się rozwijał. Ale to przerwała wojna. Dopiero powojenne przesunięcie granic i przesiedlenie, zlikwidowało ten problem.
Czy bez tego skazani byliśmy na wegetację? Nie, bo to pokolenie mogło spokojnie przetrwać do powojennego rozwoju gospodarczego.
W sumie do czasu wyjazdu ludzie nie żyli w dobrobycie, ale rzadka też była skrajna bieda.
Wielkości gospodarstw nie różniły się tam zbytnio, wystarczająco jednak by utworzyć lokalną hierarchię. O pozycji każdej rodziny decydowały przede wszystkim morgi, ale ceniono też zalety charakteru i pozytywne postawy. Biednego szanowano za prawe postępowanie, pracowitość, uczynność, a nawet odwagę i pogodę ducha. Bogatych nierozważnych, też lekceważono.
Stosunkowo małe zróżnicowanie zamożności wpływało na to, że nie było jakichś zdecydowanych różnic w poziomie życia.
Tamta kuchnia opierała się na potrawach i wypiekach mącznych, kaszach, fasoli, grochu, kapuście, ziemniakach, nabiale, oleju oraz niewielkiej ilości mięsa i trochę większej tłuszczu zwierzęcego. Bogaty mógł sobie pozwolić na większą ilość potraw mięsnych. Nie robił tego jednak na ogół, ze względów oszczędnościowych. Trochę bardziej zróżnicowany był kolor chleba, bo biedny bazował głównie na mące razowej, a zamożny na pytlowej. Utarło się nawet powiedzenie, że ludzie wyjeżdżają za granicę za bielszym chlebem.
Zróżnicowanie w ubiorach świątecznych też nie szokowało, a robocze wszyscy mieli jednakowe – z płótna samodziałowego. Od tego standardu trochę odbiegali najbiedniejsi.
Zamożny choć plasował się wyżej od średniaka, podobnie się odżywiał i ubierał, ale ciężej pracował. Też ze względów oszczędnościowych, bo nie chciał wynajmować ludzi do pracy. Niektórzy robili to ale w bardzo małym zakresie. Tylko Zakrzewska wyłącznie na tym bazowała.
Praca na roli była ciężka, ze względu na brak maszyn. Jedynie do części omłotów wynajmowano młocarnie. Resztę zimą młócono cepami. Siłą pociągową były wyłącznie konie, narzędzia proste, a wozy na drewnianych kołach.
Najciężej pracowano w czasie żniw i wykopków. Żyto i pszenicę żęto sierpami. Ludzie 3-4 tygodnie półzgięci, garść po garści ścinali zboże, z trudem prostowali plecy, ale cieszyli się każdą nową kopą. Len i konopie rwano z korzeniami, natomiast resztę koszono kosą. Ziemniaki kopano ryckalami (szpadlami). Z nasion lnu i konopii robiono olej, a z włókien po odpowiedniej obróbce, tkaniny. Szyto z nich worki, płachty, bieliznę i odzież roboczą. W czasie okupacji również świąteczną. Był to jeden z najtrudniejszych okresów w życiu wioski. Wszystkiego wówczas brakowało i trzeba było oddawać bardzo wysokie kontyngenty.
Pracowitość i oszczędność, to najwyżej cenione w tej społeczności walory. Wymuszało je postępujące ubożenie i całkowite zniszczenie wioski w czasie I wojny. Do końca międzywojennego dwudziestolecia, trwała powolna, mozolna odbudowa zagród, która pochłaniała prawie wszystkie dochody. Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale wówczas oprócz pożyczek, nie było żadnego wsparcia władz. Do końca życia modlili by się za cząstkę takiej zapomogi, jaką otrzymują teraz powodzianie.
Żadnego wsparcia nie otrzymywali też nasi pra, pra, gdy Tatarzy zrównywali wieś z ziemią. Co najwyżej mogli otrzymać zgodę, na wycięcie drzew w pańskim lesie.

Dorobek dwudziestu lat
Wioski od października 1915 do połowy 1916 roku, pozostawały w linii frontu i zostały doszczętnie zniszczone. Gdy ludzie pod jesień 1918 roku wrócili z ewakuacji, zastali ruiny, doły po wybuchach pocisków, okopy, bunkry, kikuty drzew, porozrzucaną amunicję, resztki zniszczonego sprzętu wojskowego i cmentarze.
Trochę rodzin wtłoczyło się do zachowanych kilku domów bez drzwi i okien, a reszta szybko przystąpiła do budowy bud i ziemianek. Część zamieszkała w bunkrach na polach. Spieszono się bo zbliżała się zima. Te warunki i niedożywienie, wywołały epidemię tyfusu, która pochłonęła czwartą część ludności. Nie było rodziny bez zgonu.
Tak to wyludnione, obdarte i głodne, wkraczały wioski w międzywojenne dwudziestolecie. W okres tytanicznej pracy i wyrzeczeń. Na początku budowano małe lepianki kryte słomą, aby zapewnić sobie i zwierzętom jaki taki dach nad głową.
Z kretowiska wojennego dość szybko zaczęła wyłaniać się wioska: biedna i prymitywna ale tętniąca życiem. Po zakończeniu wstępnej odbudowy oraz wyrównaniu i zagospodarowaniu pól, z marszu przystąpiono do drugiego etapu. Na miejscu tymczasowych, wolno ale sukcesywnie, wyrastały nowe większe budynki, pozwalające na normalne życie i gospodarowanie. Towarzyszył temu niewyobrażalny dziś reżim oszczędnościowy.
W tych skrajnie trudnych warunkach następuje nie tylko odbudowa, ale i rozbudowa wiosek. Po początkowym wyludnieniu, ludzi szybko przybywa, odbywają się skromne ale huczne weseliska, a po nich konieczność budowy nowych gospodarstw.
Na Bukowinie zabudowane zostaje Paświsko i Kawałeczek oraz wydłuża się Tamten Koniec. Na Kamionce rośnie Kątek i powstaje nowe osiedle – Parcelacja. Po zakończeniu parcelacji obszarów majątkowych, zabudowa wkracza do lasu. Gontowa wspina się na górę i schodzi w dolinę w kierunku Ditkowiec i Berezowicy Małej.
Mimo tak dużego obciążenia, Milno zdobywa się na heroiczny wysiłek odbudowy kościoła, a Gontowa od podstaw buduje nowy.
Przed II Wojną Światową wioski tętnią już pełnią życia. Gęsta nowa zabudowa Milna, ciągnie się od Paświska do Derkaczówki pod Blichem. Nad panoramą Bukowiny dominuje masyw odbudowanego kościoła ze strzelistą wieżą, a nad Podliskami kopulasta cerkiew. Wjeżdżających do Gontowy wita nowy kościółek z białego piaskowca. Rytm życia odmierzają dźwięki dzwonów, wzywające pracowity lud do modlitwy, na nabożeństwa, do pracy i odpoczynku. Po zniszczeniach wojennych ślad nie został. Szkoły tymczasowe powojenne, pękają w szwach. Planuje się budowę nowych, większych placówek oświatowych i domów ludowych.
Mimo niedostatku i niskich cen płodów rolnych, postęp jest zaskakująco duży. W chałupach pojawiają się radia kryształkowe na słuchawki, działają biblioteki z czytelniami, a tuż przed wojną, w świetlicach odzywają się radia lampowe głośnikowe. Jest to epokowe wydarzenie – otwiera się okno na świat. Każdy może przeczytać gazetę lub książkę i posłuchać co się w kraju i na świecie dzieje. Blacha i dachówka stopniowo zaczynają wypierać z dachów strzechy. Na podwórzach budowane są studnie, a bogatsi montują też kieraty. Po żniwach po wiosce krążą młocarnie, napędzane silnikami spalinowymi.
Rozwija się oświata oraz życie kulturalne i społeczne. W Milnie szkoła zostaje zreformowana z cztero na sześcioklasową. Działa kółko teatralne i rolnicze oraz organizacje Strzelca, Orląt, PSL i ZMW „Wici”. W sumie życie tej społeczności było żywe, urozmaicone i coraz lepiej zorganizowane.
W tak krótkim czasie, bo zaledwie w ciągu 20 lat, wioski odrodziły się jak przysłowiowy Feniks z popiołów i o dziwo, mim braku podstaw, również wzbogaciły. Tylko nowe inwestycje gromadzkie skończyły się na planowaniu, bo przerwała je wojna. Jedynie Gontowa zdążyła wybudować szkołę w stanie surowym.
Gdzież to zacofanie jak niektórzy twierdzą. Odwrotnie - wioski plasowały się w czołówce postępu. Oczywiście postępu na ówczesną skalę. To czego nasi dziadowie i rodzice dokonali w tak krótkim czasie, zasługuje na podziw i najwyższe uznanie.

Dwa różne światy
Od naszego wyjazdu tutaj minęło 65 lat. Nastąpił w tym czasie niespotykany w dziejach rozwój techniczny, technologiczny i cywilizacyjny świata. Przeskok od
lampy naftowej do powszechnej elektryfikacji, komputeryzacji i lotów w kosmos. Rower, motocykl, samochód, samolot, pralka, lodówka, radio, telewizor, automatyzacja przemysłu, mechanizacja rolnictwa, wykorzystanie energii atomowej i
wiele innych osiągnięć, to wyznaczniki tego czasu. Wręcz rewolucja techniczna.
Dla naszej ludności samo przesiedlenie było sporym przeskokiem. Z dnia na dzień znaleźli się w obszarze uprzemysłowionym, z dostatkiem ziemi i maszynami rolniczymi oraz nieograniczonym dostępem do szkół. Sierp, kosę i cep zastąpiły kosiarki i młocarnie, a trochę później kombajny. W domach zrobiło się widniej i uruchomione zostały różne urządzenia elektryczne. Dzięki bliskości kolei, zmalały odległości i przybliżyły się dalsze miejscowości. Szybko rozpowszechniło się radio, a po nim pralka i lodówka. Trochę później telewizor przybliżył cały świat. W 1952 roku pojawiły się pierwsze SHLki, które dość szybko wyparły masówkę rowerową. W 1960, motocykl panoszy się już na wszystkich drogach. Po 1970, wolno zaczyna zastępować go samochód. Około 1960 roku, kończy też żywot wielowiekowy, wielce zasłużony, wóz na drewnianych kołach. Zastępuje go nowocześniejszy na kołach gumowych.
W latach siedemdziesiątych następuje drugi etap mechanizacji rolnictwa. Młodzi przesiadają się na ciągniki i nowe maszyny. Starzy dociągnęli z końmi do emerytury.
Mimo systematycznego postępu, wieś dość szybko się starzeje. Młodzi poszli do szkół i nie wrócili już na rolę.
Schyłek XX wieku przyniósł kolejną zmianę: zmierzch gospodarki drobnotowarowej. Znika kolorowa mozaika pól, a pojawiają się wielkoobszarowe uprawy.
Pacholęta zakończyły już etap rolniczy. Ta wieś razem z wiernymi jej mieszkańcami, w ciągu półwiecza przeszła cały cykl rozwoju – od rozkwitu do upadku i stopniowo przekształca się w osiedle mieszkaniowe. Obojętnie jakby ucho się wsłuchiwało, nie usłyszy rżenia konia. Już dawno wypędził go traktor. Podobny proces zachodzi też w innych wioskach.
Jesteśmy świadkami ciągłych dynamicznych przemian. To co kiedyś tworzyły stulecia, teraz dokonują lata.
W Milnie i Gontowie też następowały przemiany. Radio kryształkowe a po nim lampowe, maszyny omłotowe, kieraty, studnie na podwórzach, blacha i dachówka na dachach, szkoła sześcioklasowa, biblioteki z czytelniami, Kółko Rolnicze, organizacje społeczne i młodzieżowe oraz nowe odmiany upraw. To duży postęp na ówczesne, ale nie dzisiejsze czasy. Są to dwa różne i nieporównywalne światy.

Ocena porównawcza
Wszelkie oceny wynikają z porównań. Poziomu życia też. Z tym, że każde środowisko ma swoją skalę ocen, wynikającą ze zróżnicowania jego zamożności. Dalsze otoczenie ma na to mały wpływ.
Tam wielkości gospodarstw nie różniły się zbytnio, ale wystarczająco by wytworzyć miejscową hierarchię. I to ona decydowała o szczeblu na tej drabinie, oraz o lepszym bądź gorszym samopoczuciu.
Przytoczone na wstępie oceny są inne, wynikają bowiem z porównania ówczesnego poziomu z obecnym. Podkreśla to postęp jaki się w tym czasie dokonał, ale nie pokazuje prawdziwego obrazu tamtego życia. W tym przedziale czasu wszystko się zmieniło i nastąpiła duża poprawa bytu ludności. Ale to nie znaczy, że mieliśmy tam proporcjonalnie do tego, gorsze samopoczucie. Odwrotnie. Wszyscy zgodnie podkreślają radość tamtego życia.
My tam mierzyliśmy wszystko miejscową skalą. Nic innego nie znaliśmy i było nam z tym dobrze. Nikt wówczas nawet nie wyobrażał sobie tego wszystkiego co dziś istnieje.
Moja ciocia Maria Letka mieszkała w Okopie – w uroczym zakątku wypełnionym ptasim śpiewem i cichym szumem drzew. Było to nowe, zbudowane przez nich gospodarstwo.
Gdy tutaj straciła męża i dwóch synów, biadała, że całe życie miała nieszczęśliwe. A w Okopie? – zapytałem. Po chwili zastanowienia powiedziała: „Tam było mi dobrze”. A przecież ciężko pracowała i kosztem skrajnych wyrzeczeń, wszystko od podstaw z mężem tworzyła. Była też mniej zamożna i żyła gorzej niż tutaj. Ale właśnie dlatego, że zdobyła wszystko wielkim trudem i nie znała nic innego , dawało jej to tyle satysfakcji i zadowolenia. Ponadto w miejscowej hierarchii plasowała się troszkę powyżej środka i wszyscy byli zdrowi. I to w sumie decydowało o tak dobrym samopoczuciu.
Pojęcie dobrze lub źle jest więc względne, zależy bowiem od przedmiotu odniesienia oraz okoliczności. Porównywanie z kolei różnych światów, daje obraz nieprawdziwy, zafałszowany, jak w krzywym zwierciadle. A twierdzenie, że tam tylko biedy było pod dostatkiem, jest wręcz absurdalne.
Poziom życia w Milnie i Gontowie nie odbiegał od średniej krajowej. Może w poznańskiem był trochę wyższy. Ludzie nie żyli z zadrą w sercu i nie czuli się pokrzywdzeni przez los, bo taka była cała ówczesna wieś polska.
W tym czasie tutaj też biedniej się żyło niż teraz, ale tego nikt nie odczuwał.
Młodzi tutaj urodzeni, dziwią się jak mogliśmy żyć w tych małych chatkach. Były to przeważnie budynki dwupokojowe, z kuchnią i sienią, o powierzchni 60-70 metrów kwadratowych. Współczesne mieszkania dwupokojowe nie są większe, różni je jedynie łazienka i wyposażenie. Co prawda mniejsze pokoje (chaciny) użytkowano przeważnie jako magazyny, ale w przyszłości miały je zastąpić komory. Trzeba pamiętać, że to wszystko zostało zbudowane w niecałe dwadzieścia lat.
I jeszcze jedno jest godne uwagi. Choć sytuacja materialna większości po przesiedleniu się poprawiła, zamożniejsi poczuli się zdegradowani np. Wójtuła z lasu, Bogacz łuciów, Czwórak, Zakrzewska czy inni. Oni stracili, bo zrównano ich z wszystkimi. Wyraźnie zyskali biedni. Nawet średniozamożni, choć też zyskali, nie odczuwali pełnej satysfakcji, bo to nie było ich lecz niemieckie. Tam mieli mniej ale swoje – dziedzictwo z dziada pradziada. To jeszcze wówczas miało istotne znaczenie.
Nasi przodkowie którzy przywędrowali na Kresy w XVI wieku, osadzeni zostali w szczerym polu lub w lesie. Ich pierwszymi domami były szałasy i ziemianki. W dzisiejszym pojęciu najzwyczajniej więc wegetowali. Ale oni byli zadowoleni, bo w perspektywie mieli lepszy byt niż na ziemi sandomierskiej.
Wszystko trzeba rozpatrywać w określonych warunkach i w odpowiednim czasie.

Wieś spokojna i wesoła
Kresową ludność cechowała duża pogoda ducha i radość życia. Choć widoki były mierne, z optymizmem patrzyli w przyszłość. Trwali w przekonaniu, że modlitwą i pracą ludzie się bogacą.
Nie żyli w izolacji. Często się spotykali, gwarzyli, śmiali i śpiewali. Latem czas wypełniała praca, ale w niedziele gromadzili się na przydomowych trawnikach, wspominali stare dzieje, omawiali sprawy gospodarskie oraz bieżące ciekawostki i wydarzenia.
Najwięcej hałasu i radosnej wrzawy robiła dzieciarnia, spędzająca czas w ciągłym ruchu i w stałym kontakcie z naturą. Młodzi spacerowali, przekomarzali się i śmiali, a w wieczornej ciszy daleko niosły się melodie nastrojowych pieśni kresowych: junackie chłopców i tęskne o miłości i rozstaniu dziewcząt.
Bujnym życiem tętniły wszystkie pastwiska, a szczególnie największe – Komisarzowa. Bieganina, gry, zabawy, nawoływania, chlupot wody w jeziorze, porykiwanie bydła oraz śpiewy dziewcząt, tworzyły jego niepowtarzalny klimat.
Częstsze spotkania odbywały się zimą. Gdy zadymki śnieżne pędziły tumany śniegu, zasypywały wąwozy i formowały duże zaspy, gromadzono się na zwieczorkach. Kobiety zasiadały do przęślic, a mężczyźni prowadzili niekończące się wspominki wojenne i z wojska, omawiali miejscowe sprawy i parzyli bajki. Z wielu domów dolatywały śmiechy i śpiewy zgromadzonej młodzieży. Starzy grzali przy piecach strudzone plecy i nagabywani, czasem wracali w przeszłość i opowiadali dziwy jak to dawniej bywało.
Największą frajdę zimą miała dzieciarnia i młodzież, która oblegała wszystkie górki i ślizgawki. Ta grupa wiekowa i teraz chętnie to robi, ale bardzo dużo czasu spędza również przy komputerach i telewizorach na siedząco. Starszym też wolny czas pochłania mały ekran.
Stefcia Letka-Olejnik z Kamionki, dziękując mi za opis wycieczki na Kresy, napisała:
„Byłam tym bardzo wzruszona, bo tam spędzaliśmy nasze dzieciństwo – może biedne ale wesołe. Tam chodziliśmy do szkoły i do kościoła. Tam też ze starszymi koleżankami wywodziłyśmy Żelmana. Na Wielkanoc cała wieś była rozśpiewana. Wspominam też zimowe dni. Koło nas była górka. Zjeżdżały z niej dzieci na sankach, a o zmroku również starsi na saniach. Jedni siedzieli, inni stali, nawet na jednej nodze trzymając się innych – byle jechać. Śmiechu było co niemiara jak kogoś zgubili. Były to niezapomniane radosne dni”.
Ja też to wszystko przeżyłem i mimo okupacji, bardzo dobrze się tam czułem. Wyjechałem stamtąd w wieku 13 lat, byłem więc za młody by odczuwać wszystkie niedogodności wojny, ale moi bliscy borykali się z tymi trudnościami, a zawsze z łezką w oku wspominali rodzinne sioło i jego mieszkańców. Wyraźnie brakowało im bliskiego sercu krajobrazu, pól, ścieżek i zapachu czarnej ziemi. A nawet tamtego słońca i zasp śnieżnych.
Bardzo uroczyście i wesoło obchodzono wszystkie święta, a zwłaszcza Boże Narodzenie. Święto radości, pojednania i pięknych kolęd. Święto z sianem na stole, dziaduchem (słomą) na podłodze, z Herodami i kolędnikami. Poprzedzała je atmosfera wyczekiwania i wielodniowe przygotowania, jak świniobicie, robienie wypieków, strojenie ścian papierowymi kwiatami itp.
Po wieczerzy wigilijnej przed północą, cała wieś wyruszała na pasterkę. Tej nocy kościół drżał w posadach. Nikt nie żałował tchu by głosić radosną nowinę. Szczególnie wzruszająca była kolęda „Noc cicha w śnie, pasterze śpią już ....”
Tej nocy wszyscy spali na dziaduchu, a lampa świeciła się przez całą noc.
W pierwszy dzień świąt, starsza młodzież odgrywała jasełka w każdym domu. Nazywano ich Herodami. Było przy tym sporo śmiechu i pisku dziewcząt, bo diabeł pokrzykiwał i doskakiwał do nich z widłami. Na drugi dzień wyruszały grupy kolędników. Melodie nastrojowych kolęd niosły się przez sioło do późnego wieczora.
Teraz te święta też obchodzi się uroczyście, ale bez Herodów, kolędników, siana na stole i słomy na podłodze. Ponadto przygotowania nie nastręczają trudności, bo wszystko można kupić. Jedna z uciekinierek z socjalistycznego raju zwierzała się w TV, że na zachodzie brakowało jej naszej atmosfery przygotowań i przedświątecznej bieganiny po sklepach. Tam poszła do jednego, kupiła wszystko w niecałą godzinę i skończyły się emocje.
Wielkanoc poprzedzał post ścisły. Babcia opowiadała, że za jej młodości wyparzano garnki, aby nie została w nich jakaś cząstka tłuszczu zwierzęcego, natomiast do święcenia nosiło się wszystkie wypieki i wędliny.
Te święta były dniami śpiewów i zabawy. Po nabożeństwie i obiedzie, wszystka młodzież wylegała na drogę, a jak było sucho na ogrody, gdzie gry, zabawy i śpiewy, trwały do nocy. Szczególnie śpiewne i wesołe było „Wywodzenie Żelmana”. Dziewczęta trzymając się za ręce wędrowały w kółko i cały czas śpiewały związane z tym pieśni. Chętnie przyglądali się temu starsi. Wszędzie rozrabiała też dzieciarnia.
Drugi dzień to obficie lany poniedziałek. Dziewczęta moczono do suchej nitki. Nie oblane odczuwały to jako brak powodzenia. Idących do kościoła w świątecznych strojach, nie wolno było oblewać.
Wydarzeniem był też czerwcowy odpust „Na Jana”. Tłumy miejscowych i okolicznych ludzi, kramy, hałas trąbek, fujarek i kogucików glinianych, gwar ludzki, uroczyste nabożeństwo z procesją przy dźwiękach dzwonów, tworzyły podniosły nastrój i wyraźnie wydzielały ten dzień ze zwykłej codzienności.
Wielkim przeżyciem duchowym były odpusty w Podkamieniu. W przeddzień każdego święta Maryjnego, ciągnęli tam ludzie pieszo, jechali wozami i szli w licznych pielgrzymkach. Kościół, plac przykościelny i klasztor, oblegało mrowie ludzkie. Przy studni klasztornej (122m gł.) wciąż stała kolejka po wodę. Księża cały czas odprawiali nabożeństwa, a niekończący się sznur ludzki na klęczkach, przesuwał się za ołtarz do Stopek Maryi. Przynosili Podkamieńskiej Panience swoje smutki, radości i cierpienia. Dziękowali za opiekę oraz doznane łaski i prosili by ich nadal wspierała.
Kulminacyjnym punktem było uroczyste nabożeństwo przy głównym ołtarzu, z odsłonięciem cudownego obrazu i procesją przy dźwiękach wszystkich dzwonów.
Mała dochodowość (niskie ceny) i duże wydatki przy odbudowie zagród sprawiły, że tych ludzi cieszyła każda odłożona złotówka i najmniejsza zdobycz. Cieszyła nowa ławka, krzesło, sukienka, spódnica, spodnie, trzewiki, a także chustka czy czapka na głowę. Nowy garnitur i płaszcz, to już większe przeżycie.
Gdy utrudzeni siadali na kamieniu, z dumą patrzyli na swój nowy dom bez okien, ale już pokryty strzechą. Latem choć z trudem prostowali plecy, cieszyli się każdą nową kopą i workiem ziemniaków. Cieszyła zapełniająca się stodoła, komora i piwnica. Każdy worek zboża, grochu, kaszy, fasoli czy mąki, powiększał pewność przetrwania do następnych zbiorów. Dobry urodzaj gwarantował też dopływ nowej gotówki na niekończące się wydatki.
Teraz może to dziwić, bo zaspokojenie podstawowych potrzeb nie nastręcza trudności. Coś podobnego wywołuje dopiero kupno mieszkania, kompletu umeblowania czy samochodu. Dziś nie modna lub opatrzona odzież, zalega szafy. Wyrzuca się to do specjalnych pojemników lub przekazuje dla bezdomnych. Taka zdobycz na Kresach, wywołała by euforię radości.
Na dobre samopoczucie wpływało też małe zróżnicowanie zamożności i duża stabilność tego stanu. Eliminowało to rywalizację i zawiść – podstawową przyczynę konfliktów. Ludzie aby kupić kawałek ziemi lub wybudować nowy dom, wyjeżdżali na roboty za granicę. Ale tym nie zazdroszczono, bo pieniądze zdobywali ciężką wieloletnią pracą, a pracowitość bardzo wysoko ceniono.
Dziś przy suto zastawionym stole, często słyszy się narzekania i prorokuje czarną przyszłość. Tam przy skromnej zastawie dominował gwar, śmiechy i śpiew. Wynika to z różnych porównań. Wówczas samopoczucie kształtowała miejscowa skala ocen, teraz wpływa na to też wyższa dochodowość w krajach zachodnich. Świadomość, że tam są wyższe zarobki, wielu ludziom spędza sen z powiek, wywołuje frustracje, a nawet stresy. I nie chodzi tu o podstawowe potrzeby, bo te każdy ma zaspokojone. Jest to zwykła dążność do dominacji i wykazania swojej wyższości przez stan posiadania.
Zaraz po przesiedleniu, tutaj też dominował kresowy sposób bycia i życia. Ludzie często się spotykali, gościli, bawili i śpiewali. Długo doskwierało wszystkim rozproszenie. Dawne sąsiedztwa, przyjaźnie, sympatie i inne związki, zostały pozrywane. Jeździli więc po całym kraju by spotkać się na weselach, powspominać stare dzieje, pośmiać do syta, wypić zdrowie, zawirować w skocznej poleczce i zaśpiewać ulubione pieśni kresowe.
Z czasem, w miarę narastania zamożności pojawiły się niesnaski, a po nich konflikty, które do reszty podzieliły naszą społeczność. Znacząca rolę odegrała tu rywalizacja i zawiść, a telewizor jeszcze pogłębił te podziały: wypełnił czas spędzany dawniej gromadnie i osadził każdego przed swoim ekranem.
Praktyka wykazuje, że warunki materialne mają mały wpływ na samopoczucie. Najbiedniejszy wśród milionerów, też przeżywa frustracje. Dobrą atmosferę tworzą częste spotkania, kontakty i dobre współżycie ludzi.
Teraz poziom życia jest wyższy, ale nie wpłynął on proporcjonalnie na poprawę pozytywnych odczuć człowieka. Życie nabrało niespotykanego wcześniej przyspieszenia i porwało ludzi jak lawina. Wzrósł niepokój i znerwicowanie. Każdy goni za pieniądzem aby utrzymać się na fali, lub przynajmniej nie odstawać zbytnio od czołówki. Tamto było stabilne i zgodne z rytmem natury. Przez lata nie wiele się w nim zmieniało. Wnosiło to spokój oraz dawało dobre samopoczucie, pogodę ducha i radość życia. Co wszyscy kresowianie zgodnie podkreślają.
Pamiętajmy skąd nasz ród
Echa minionych lat odżyły w rogozinieckich zjazdach. Szczególnie liczny był w 2009 roku. Co prawda dominowali w nim młodzi, ale starszych też nie brakowało.
Wielu nie widziało się od wyjazdu, to też opowiadaniom i wspomnieniom nie było końca. Nie zabrakło też pieśni kresowych. Polskie dzieci broniły Lwowa, ułani pukali do okienka i muraweczkę odkrywała żona młodziusieńka. Budzono też rycerzy z nad kresowych stanic.
Szczególnie wzruszał udział 97 letniej Stanisławy Zaleskiej z Poświska. Choć z trudem, przyszła by jeszcze raz spotkać się ze swoimi, powspominać dawne czasy i przywołać atmosferę kresowego sioła. Wręczono jej kwiaty i zaśpiewano „Sto lat to za mało .....” oraz „I zdrowia i szczęścia i błogosławieństwa życzymy Wam ....”.
Szkoda, że takie spotkanie nie odbyło się 20-30 lat wcześniej, gdy większość naszych ziomków jeszcze żyła. Ileż by to było uścisków, gwaru, łez, radości i śmiechu. Większym echem niosły by się też pieśni kresowe.
Udział staruszki Stanisławy i wielu starszych, świadczy o wielkim przywiązaniu i miłości do kresowej ziemi naszych ziomków. Większość starszych mimo korzystnych warunków, nie zapuściła już tu korzeni. Do końca żyła jak na obczyźnie i z nostalgią w sercu opuściła ten świat.
Te zjazdy wykazują też, że u części kresowian zanika już więź z rodzinnym siołem i tamtą społecznością. Wielu z nich nawet z pobliskich miejscowości, nie wzięło udziału w tych spotkaniach.
Pocieszające jest natomiast duże zainteresowanie młodych tymi sprawami. To daje nadzieję, że nasza wielowiekowa kresowa przeszłość, będzie żyła w pamięci potomków kresowych wygnańców. Że nie zaniknie pamięć o martyrologii i wygnaniu tego ciężko doświadczonego ludu. Że nie zostaną zapomniane zbrodnie ukraińskie na narodzie polskim. Ta pamięć jest szczególnie ważna, bo Ukraińcy już bez żenady gloryfikują morderców naszych braci. Pomniki Bandery stoją w niemal wszystkich większych miejscowościach.
To schodzące już kresowe pokolenie, które przeżyło dwie wojny światowe, dwukrotną zagładę sioła, barbarzyństwo ukraińskie, wygnanie i trudny okres wrastania w nową ziemię, a jednocześnie nigdy się nie poddawało i w najtrudniejszych warunkach walczyło o lepszy byt dla młodych, zasługuje na szacunek i pamięć potomnych. Godni też pamięci są nasi przodkowie pozostawieni na Podolu i ta krwią polską przesiąknięta czarna ziemia święta. Nie zapominajmy skąd nasz ród.
Szczecin, grudzień 2010 rok Adolf Głowacki